Disappointment…

13 01 2010

…Czyli po prostu rozczarowanie. Jedno słówko, które zawiera w sobie więcej treści niż to konieczne. I na pewno nie oznacza tego czego się spodziewamy. Prawdziwe przychodzi nagle, albo z czasem. Jak by nie było, kiedy już nadejdzie na pewno to zauważysz. Nie obejdzie się też bez konsekwencji, chociażby psychicznych. Jeśli nauczyciel/szef/wykładowca powie Ci, że go rozczarowałeś/aś to źle. Ale nie oznacza to wtedy wiele więcej jak „dałeś dupy, popraw to, bo nie tego oczekiwałem”. Nazwijmy je więc rozczarowaniem lekkim, tak na potrzeby tego krótkiego tekstu, który będzie dla niektórych stekiem bzdur, a dla innych lamentem. Prawdziwe Rozczarowanie (to przez WIELKIE R) jest czymś zupełnie innym, i na potrzeby tekstu będzie pisane wielką literą.

Rozczarowanie (jak już zauważyliście – wielką literą) jest czymś gorszym niż pragnienie nieosiągalnego. Jest doświadczeniem czegoś fajnego albo nawet lepszego. Co następnie zostaje Ci odebrane – i ustanowione nieosiągalnym. Nie brzmi tak tragicznie… jeśli mowa o lizaku. Jeśli nie o lizaka chodzi, to zaczynają się schody.

Niektórzy ludzie mają wręcz preferencje, do pakowania się w objęcia Rozczarowania. Wynikające być może z cech charakteru, a być może z pechowego urodzenia, nie pod tą gwiazdą, którą by się chciało…

Co by można więcej powiedzieć? Lepiej nic, czasami lepiej jest nie mówić w ogóle.
A każdy i tak odniesie to do swojej własnej, osobistej sytuacji. Takie trochę bzdurne przemyślenia mojej skromnej osoby.

You don’t have to agree, just accept it… or keep tryin’





2009 ==> 2010

1 01 2010

Nie mam zamiaru podsumowywać dokładnie zeszłego roku. Po pierwsze nie kręci mnie to, a po drugie nie ma czego podsumowywać. Był jaki był, jeden z mniej udanych. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nowy 2010 będzie dużo lepszy i wszystko ułoży się w jak najlepszym porządku. Niestety jak to mawiają „nadzieja jest matką głupich” – chociaż może pasuje to w tej sytuacji. Gdybym miał znowu przeżyć zeszły rok, to wielu rzeczy chciałbym uniknąć, a wiele zrobić inaczej – ale że to niemożliwe, to pozostaje wierzyć, że w tym roku nie spieprzę wszystkiego czego się dotknę. I tego się będę trzymał, obejdzie się bez postanowień bo same przyjdą z czasem. I to tyle.. Szczęśliwego

(ot taka krótka notka, o niczym)





Last Christmas… I went to the cinema…

27 12 2009

Święta, święta… i po świętach. Na szczęście. Nie żebym za nimi nie przepadał, ale po prostu czasami każdy z nas woli mieć spokój. Jedyne co mnie w tym wszystkim rajcuje to śnieg, a właściwie masa cudownego białego puchu i ładnie oświetlone ulice oraz budynki. Ale, że jest jak jest to oczywiście nawet to mi odebrali w te święta. Bo delikatnie rzecz ujmując, śnieg…. szlag trafił!

Oczywiście, nie zmieniło to za bardzo moich planów na ich obchodzenie. Co to, to nie. Tak więc nie dalej jak wczoraj (w drugi dzień świąt) byłem w kinie. Wiem, że to może mało świąteczne, i w ogóle nie wskazane, ale leje na to co pseudo świętojebliwi tetrycy myślą na ten temat. Chciałem to poszedłem, i nie wciskajcie mi tu bajek o świętach z rodziną, bo z tego jakoś wyrosłem albo straciłem zapał. Wracając do tematu kina. Film był bardzo dobry, świetny, cudowny, fenomenalny, zjawiskowy etc etc… bla bla… Co najgorsze? Że pewnie jak zwykle masę nagród zgarnie jakaś pseudoartystyczna szmira, na którą nie da się patrzeć bez wiadra między kolanami. Cudowne są takie filmy, nikomu się nie podoba, wszyscy mają ochotę wyjść z sali i udać się w kierunku toalety, bądź jakiegokolwiek innego miejsca, które w owej sytuacji niewątpliwie wyda się być ciekawszym. Ale nie. Bo to jest wizja artystyczna, która niesie przekaz… Niestety w 95% (pozostałe 5% kłamie, że im się podoba aby uchodzić za inteligentów)  przypadków wynosi ona jedynie treść pokarmową z żołądka. Tak jak by nie mogli sobie wbić do swoich pustych („inteligenckich”) łbów, że ładnie zrobiony film też ma przekaz. O nie! Jest za ładny, to na pewno jakaś ściema. Co to za film, który się podobał publice, nikt nie wyszedł (a nikt nie wyszedł, sam wypiłem tam kubek Coli wielkości wiaderka do zabawy w  piaskownicy, i mimo ‘presji środowiska’ albo raczej natury, siedziałem i oglądałem… a było na co popatrzeć…)? Na pewno kolejny Hollywoodzki chłam. I z nimi nawet nie ma dyskusji, bo to są „wielbiciele kina ambitnego” – które ja nazywam flakami z olejem.

Tak właściwie to nie za bardzo obchodzi mnie zdanie owych jajogłowych na temat kina, a i sami krytycy filmowi, będą się musieli natrudzić, żeby uznać to za chłam – i bardzo dobrze, za coś im płacą – bo dzieło jest wartę obejrzenia!

I mimo, że to nie moje słowa a zasłyszane po seansie (którego koniec nie obył się również bez braw, których niestety James Cameron nie mógł usłyszeć), które brzmiały „Ostatnio czułem się tak na premierze Jurasic Parku” – i na 100% się z tym zgadzam, chociaż Jurasic Park nie zrobił na mnie, aż takiego wrażenia, więc czułem się tak po raz pierwszy.

Trochę przynudzanie, ale trzeba się rozkręcić ;]